Trzy lata po rewolucyjnym Deus Ex świat otrzymał kontynuację – Invisible War. Zamiast jednak rozwinąć skrzydła, gra okazała się spektakularnym rozczarowaniem dla wiernych fanów. Dlaczego sequel kultowego tytułu tak bardzo odstawał od oryginału? Klucz leżał w decyzjach wydawcy Eidos, który postawił na priorytetową obsługę konsoli i narzucił nieodpowiedni silnik, co razem stworzyło przepis na artystyczną porażkę.
Niefortunny wybór silnika i przekleństwo ładowania
Już na samym początku produkcji pojawił się ogromny problem techniczny. Eidos Interactive zmusiło studio Ion Storm do wykorzystania zmodyfikowanej wersji silnika Unreal Engine 2. Niestety, priorytetem przy jego adaptacji było inne równolegle rozwijane dzieło wydawcy – Thief: Deadly Shadows. To gra, która z założenia operowała na mniejszych, bardziej kameralnych przestrzeniach.
Deus Ex: Invisible War miało zupełnie inne potrzeby. Jak przyznawał członek zespołu, Ricardo Bare, sensem ich projektu było „zwiększenie zagęszczenia obiektów” w środowisku. Silnik, skrojony pod Thiefa, zwyczajnie nie radził sobie z takim zadaniem. Efekt był katastrofalny i wymusił drastyczne cięcia. Aby utrzymać wydajność, ogromne, płynne lokacje z pierwowzoru zostały pocięte na dziesiątki małych segmentów.
To właśnie stąd wzięły się znienawidzone, wszechobecne ekrany ładowania. Wchodziło się do pokoju – ładowanie. Przechodziło do kolejnego – znowu ładowanie. Harvey Smith, lider studia, wspominał z żalem, że chciałby „pozszywać te mapy” na nowo. Ta fragmentaryzacja świata całkowicie zniszczyła poczucie immersji i swobody eksploracji, które były znakiem rozpoznawczym serii.
Przymusowa „konsolizacja” i ograniczenia Xboxa
Gdy Eidos zorientowało się, jak wielkim sukcesem była pierwsza część, nacisk na projekt tylko wzrósł. Niestety, szefostwo wydawcy uległo wówczas modnemu trendowi. Zdecydowano, że priorytetową platformą nie będzie PC, lecz konsola Microsoftu – pierwszy Xbox. Teoria głosiła, że strzelanki i gry RPG nie sprzedadzą się już wyłącznie na komputerach.
Ta decyzja o „konsolizacji” okazała się drugim gwoździem do trumny. Xbox miał poważne ograniczenia sprzętowe, przede wszystkim znacznie mniej pamięci RAM niż ówczesne komputery. Jak tłumaczył Smith, tworzenie pod „bazową konsolę” oznaczało, że nie można było liczyć na mocniejszy sprzęt gracza. Wszystko musiało zmieścić się w sztywnych ramach.
Skutki były boleśnie widoczne. Poziomami rządziła klaustrofobia – nie było mowy o rozległych, otwartych przestrzeniach znanych z pierwszego Deus Ex. Ogromne lokacje, jak baza Majestic 12 z oryginału, w ogóle nie miały szans zaistnieć bez dzielenia ich na części. Pojawiły się też kontrowersyjne uproszczenia rozgrywki, jak uniwersalny system amunicji, które wprowadzono właśnie z myślą o graczach konsolowych.
Dziedzictwo bólu i lekcja na przyszłość
Finalnie Deus Ex: Invisible War trafiło na rynek jako gra pełna kompromisów. Jej silnik nie nadawał się do realizacji wizji twórców, a ślepe podporządkowanie limitom Xboxa okaleczyło projekt. Smith szczerze przyznawał, że dopasowanie rozmiarów map i interfejsu do możliwości konsoli zabiło ducha serii. Choć gra nie była technicznie zła, stała się przestrogą przed tym, jak pogoń za nowym rynkiem może zniszczyć unikalną tożsamość marki.
